KRAWIECKIE MOTYWACJE

Nie mam się w co ubrać!

AMBITNE PLANY NA JESIEŃ 2015

1 nie mam w co się ubrać 2 nie mam w co się ubrać 3 nie mam w co się ubrać

 

Taka myśl dopadła mnie, gdy posegregowałam letnie ubrania i odłożyłam je na przezimowanie w pudełka. W szafie zostały prawie same smutne wieszaki, ponieważ pojemnik z ciepłymi sukienkami otworzyłam tak szybko jak zamknęłam. W tym roku zawartość mojej jesienno-zimowej garderoby rozczarowała mnie bardziej niż zwykle.

Dlaczego tak się dzieje, pomimo że od prawie 3 lat szyję (i publikuję) nowe ubranie co tydzień? Jak to jest, że ciągle mam to wrażenie niedosytu i pośpiechu. Ciągle muszę coś doszywać, szybko kupować nowe tkaniny i jeszcze szybciej uszyć coś, czego jeszcze nie posiadam. Permanentna walka z czasem i z samą sobą.

Sztukę selekcji opanowałam do perfekcji i kilka razy w roku oddaję lub sprzedaję nieużywane rzeczy. Przejrzysta szafa jest źródłem mojego dobrego nastroju, ale czy musi ona co sezon być prawie pusta? Chyba nie musi. Postanowiłam wykorzystać wreszcie wiedzę z francuskich książek, które namiętnie czytam i stworzyć BAZĘ.

Mam już pewien zarys tego jak miałaby PODSTAWOWA ZAWARTOŚĆ SZAFY wyglądać. Najczęściej chodzę w sukienkach, więc postanowiłam porządki zacząć od tej strefy. Stare sukienki, które mieliście okazję oglądać na blogu, albo się zużyły, bo uszyłam je z ryzykownych materiałów, albo były za duże, bo schudłam po ciąży, albo po prostu na dłuższą metę się nie sprawdziły.

Wzięłam się poważnie do planowania. Jesień to początek wszystkiego w modzie i dobra okazja, by obrać kierunek na najbliższy rok. Ja odkurzyłam stare sprawdzone wykroje i wybrałam najlepsze modele. Postanowiłam uszyć je z lepszych materiałów, w staranniejszym wykończeniu i z bardziej trafionymi ulepszeniami. Baza sukienkowa będzie miała moje podstawowe kolory: granatu, chabru, czerwieni, różu i może szarości.

Liczę na to, że posiadanie bazy przyniesie mi „modowy spokój ducha” i pewność , że jestem w stanie zawsze ubrać się stosownie do okazji. Mam nadzieję wyeliminować szycie na ostatnią chwilę przed świętami, imprezami i wyjazdami. Bardzo chciałabym zyskać czas na lepsze i sprawniejsze dobieranie szałowych, sezonowych akcesoriów do moich podstawowych sukienek.

Trzymajcie za mnie kciuki 🙂

A jakie Wy macie plany na Modowy Nowy Rok 2015/2016?

 

 

 

Advertisements

30 thoughts on “Nie mam się w co ubrać!

  1. Trzymam kciuki bardzo mocno i chętnie będę oglądać Twoje nowe uszytki. Ja również zrobiłam dzisiaj przegląd w mojej szafie i mam podobny problem z zimową garderobą. Może dzięki Tobie zmobilizuje się do większej ilości szycia dla siebie i w końcu wyszyje zaległe tkaniny i dzianiny.

  2. Choć w mojej zimowej szafie nie jest pusto, to bardzo dobrze rozumiem Twój problem. Również zaczęłam inwestować w lepsze tkaniny i ostrożniej dobierać materiały, bo bardzo mi szkoda czasu i pracy na szycie sukienek, ktore po przysłowiowych trzech praniach przestają być eleganckie. Coraz bardziej jestem świadoma w jakich krojach moja sylwetka prezentuje się dobrze. Brakuje mi tylko konsekwencji w realizacji zaplanowanych projektów, ale pracuję nad tym.:)

  3. Mam ten sam problem 🙂 mniej więcej co pół roku, potrzebuję na gwałt czegoś nowego. Czegoś co mi poprawi humor i będzie zarówno funkcjonalne, jak i eleganckie. W tym roku prócz „widzimisię” mam obawy co do szycia i kupowania czegokolwiek. Dzieć lada dzień opuści mój pokład i będę potrzebować dużo samozaparcia żeby pokonać ochotę na słodycze i wiele cierpliwości zanim ustatkuje się szalone ciało, a także będę potrzebować trochę „odzieży maskującej”. Kupuję jednak namiętnie Burdę & co. i zaznaczam wzory, które śnią mi się po nocach. A ostatnia wycieczka do mojego tkaninowego raju uczyniła spory wyciek zawartości mojego kieszonkowego 🙂 ale co tam! Pierwsza będzie sukienka weselna na styczeń 2016. Chyba, że dojdę do perfekcji w święta, to jeszcze świąteczna 🙂 Dalej nie planuję…

    Trzymam kciuki za zapełnienie wieszaków! 🙂

  4. Powodzenia, Aniu! Ja mam tak jakby połowę Twojego problemu i chyba jest go coraz mniej. Jeśli nie uwzględniać faktu, że ciągle jestem raczej początkująca i dopiero niedawno zaczęłam szyć z wojskową regularnością, to uważam, że całkiem nieźle potrafię wybrnąć z wiecznego szyciowego głodu i pośpiechu. Mam w związku z tym kilka zasad:
    1. Z reguły testuję jeden wykrój na czymś gorszym, a potem szyję sukienkę „docelową”, z koniecznymi poprawkami. Jednak praktycznie nigdy nie decyduję się na szycie z kompletnie kiepskiego materiału, ponieważ jest to absolutna strata czasu, a poza tym coraz częściej już pierwsza wersja okazuje się interesująca. Druga sukienka jest planowana przeważnie tak, aby szyć z nieco droższej tkaniny, której się nie powstydzę. Dzięki tej regule jestem zresztą spokojniejsza o efekt, więc nie żal mi pieniędzy na jakość.
    2. Szyję wolno, rozkoszuję się tym. Wolę mieć coś później niż być z tego ostatecznie niezadowolona. Zakładam, że szyję ubranie, które ma wytrzymać długo i być stałym elementem moich stylizacji. Blogerki będą miały oczywiście pewien problem z realizacją takiej zasady.
    3. Znam sklep, w którym pani daje mi świetne rady. Już kilkukrotnie odwiodła mnie od ulegania efektowi sroczki. Uważnie mi się przypatrzyła i postanowiła zainwestować w stałą klientkę, zawsze więc poświęca mi trochę czasu na pogaduszki. Potrafi szybko wskazać odpowiedni materiał, jakiego bym być może nie zauważyła lub nie doceniła albo odwodzi mnie od zakupu, nawet ze stratą dla siebie. Wiadomo, świetnie zna swój asortyment. Sama zrobiłabym pewnie z siebie pensjonarkę, pseudo-księżniczkę albo paniusię, a tymczasem czuję się coraz bardziej „stylowa”. Nie jest to łatwe, biorąc pod uwagę zarówno mój typ urody jak i fakt, że bardzo zależy mi na przyzwoitości, nie akceptuję więc golizny czy „erotomańskich klimatów”. Nie każdy ma takiego doradcę i nie można go sobie wyczarować, ale warto mieć oczy i uszy szeroko otwarte, bo naprawdę nie mamy zwykle odpowiedniego dystansu do siebie, nawet jeśli nasz gust jest niczego sobie.
    4. Ponieważ mam zgaszony typ kolorystyczny, dzielę ubrania na takie, które bez efektu dysharmonii założyłabym w pełnym słońcu oraz na takie, które pasują lepiej w bardziej wątłym świetle. Ta zasada jest może dla wielu osób aż nazbyt oczywista, ale dla mnie była przełomowym odkryciem. Chroni mnie przed nudą. Wiem już, że podczas dni ciemniejszych, deszczowych lub wieczorem mogę sobie pozwolić na znacznie więcej koloru, który poprawia mi humor i urozmaica szafę.
    5. Myślę, na jaką okazję szyję. Dzięki temu w godzinę „W” jestem przygotowana od sukienki, butów i torebki po fryzurę. Jeśli chodzi o to ostatnie – nie lekceważmy tego. Powiedziałabym, że fryzura w kluczowy sposób zmienia postrzeganie sukienki.
    6. Eksperyment robię tylko co któryś projekt, co pozwala mi na odkrycia, ale nie kosztem poczucia, że mam za sobą dwa tygodnie pracy, a moja szafa nie została udoskonalona. Krótko mówiąc – powściągam swoją ciekawość, która każe mi ciągle pytać, jak bym wyglądała w czymś, czego nigdy jeszcze na sobie nie miałam, albo zazdrościć modelkom ze zdjęć :).
    7. Korzystam z Burdy, jak pewnie większość z nas. Zawsze staram się robić internetowy research, nie tylko zresztą na burdowym portalu. Oglądanie zdjęć z różnych realizacji, obserwowanie, jak powychodziło przy użyciu różnych materiałów i na różnych sylwetkach już nieraz zmodyfikowało mój szyciowy grafik. Z wielu planów się wyleczyłam i wiele wykrojów doceniłam. Obserwacja burdowych zdjęć czy schematów absolutnie mi nie wystarczy.
    8. Często przerabiam jeden wykrój, dzięki czemu nie muszę ciągle przerysowywać nowych, co uważam za najbardziej irytującą część szycia. Szczególnie przy szyciu rzeczy na co dzień jest to wyjątkowo wartościowa zasada. Nie zawsze przecież czujemy się dobrze w rzeczach nietypowych. Poza tym musimy się nosić wygodnie.
    9. Od razu na papierze dodaję zapasy szwów, co pozwala mi szybciej i precyzyjniej kroić materiał, a także ułatwia powtórne użycie wykroju. Robić coś niepotrzebnie dwa razy, męczyć się z mydełkiem krawieckim itp. – to by mnie demobilizowało.
    10. Eksperymenty eksperymentami, ale 80% wyborów to muszą być projekty proste i klasyczne, przy tym stonowane kolorystycznie. Najczęściej zresztą Burda klasyfikuje je jako łatwe lub zaledwie średnio zaawansowane, ale oczywiście nie jest to reguła. Taka proporcja pozwala szybko produkować składniki codziennej elegancji. Less is more!!
    Dzięki tym zasadom w ciągu kilku miesięcy mniej lub bardziej regularnej pracy, przerywanej nawet miesięcznymi wyjazdami, mam już kilka pozycji sprawdzonych, które zdystansowały wcześniej ukochane przeze mnie produkty sklepowe i w dodatku wcale mi się nie nudzą. Wiem, że się nagadałam, ale wierzę, że można z tego wyciągnąć coś dla siebie. Ja na tym bazuję.

  5. Zapomniałam jeszcze napisać, że kompletnie nie ufam popularnej, a przy tym szlachetnie brzmiącej radzie, że warto mieć mało rzeczy w szafie, np. kilkanaście na sezon. Wydaje mi się, że to jest reguła dla mężczyzn, którzy bezwzględnie powinni trzymać się stonowanej klasyki, zupełnie nielogiczna w przypadku kobiet. Kobiety chcą przecież urozmaicenia. Potrzebują ubrań odpowiadającym przeróżnym nastrojom. Jeśli zbyt często noszą coś, co bardzo lubią, od razu przestają się w tym czuć elegancko (nieprawdaż?) i to nie tylko dlatego, że wtedy ubranie szybko się niszczy. Po prostu – tak jakoś jest, że zauważamy coraz więcej jego defektów, wydajemy się sobie nieciekawe, nudne dla otoczenia. Wystarczy jeden gorszy urodowy dzień, pryszcz czy zmęczona cera, które kodują się w naszym postrzeganiu zestawu. Najbardziej pancerna rzecz po kilku praniach jest taka jakaś „nadgryziona”. Jeden sezon to dla trzech eleganckich bluzek stanowczo za długo, choćbyśmy prały jedynie w pralni chemicznej i trzymały w najlepszych możliwych warunkach, nigdy nie zgniecione. Samo noszenie niszczy ubrania. Poza tym, przypatrzmy się sprawie tak na chłopski rozum: nie dziwne, że ktoś, kto kieruje się zasadą regularnej eliminacji stwierdza, że nie ma się w co ubrać. Bo rzeczywiście – jego szafa wieje pustkami i tyle. Warto oczywiście mieć kilka rzeczy wyróżnionych i zgromadzonych w jednym miejscu, jeśli typujemy je na nasze hity sezonu, a bałagan to wróg dobrego stylu, ale jestem przekonana, że szafa musi być obfita i gromadzona latami. Ja bardzo często odkrywam moje starocie, np. w nowych zestawieniach. Wiele sukienek założyłam jedynie kilka razy lub tylko raz, są dla mnie zawsze jak nowe i wyglądają jak nowe. Poza tym kupowanie na lata znacznie zmienia nasze nastawienie, podwyższa poziom krytycyzmu i eliminuje przynajmniej niektóre nietrafione zakupy. Nie na wszystko sobie wtedy pozwalamy, a już szczególnie nie na bezkrytyczne uleganie trendom. Warto jedynie mieć żelazną bazę rzeczy wzajemnie pasujących do siebie, prostych, klasycznych, stonowanych, które są podstawą do dalszych kombinacji. Kolejny argument: nasz wygląd też się zmienia. Rysy subtelnieją lub wyostrzają się, cera zmienia kolor, farbujemy włosy, modyfikujemy makijaż i tak dalej. Można więc liczyć na to, że na wiele ciuchów spojrzymy nowymi oczami. No, może faktycznie należy pozbywać się kompletnych śmieci, kiczowatych bubli albo ubrań zupełnie niedopasowanych do naszego typu urody. Poza tym nie ma co inwestować w kiepską jakość, ale jeśli nasza szafa ma kilka lat, a nie sezon, to większy wydatek okazuje się bardziej wydajną inwestycją. Aniu, może właśnie dlatego, że tak regularnie wymiatasz z szafy, co sezon masz smutne wnioski, tym smutniejsze, że przecież tak wspaniale i tak długo szyjesz?

  6. Eeee, ja dopiero od kilku tygodni przyspieszyłam z szyciowym rozwojem osobistym – właśnie głównie dzięki systemowi, który opisałam powyżej. Wcześniej byłam już mocno zmęczona niemal zerowymi zmianami w szafie i czysto wirtualnymi umiejętnościami. To musiałaby być kronika żółtodzioba, ale przyznaję, że przynajmniej mogłabym z siebie przyjemnie zadrwić i dać kilka przestróg przed wieloma błędami. Nawet w pewnym sensie żałuję, że pierwsze uszytki trafiły do kosza, bo były powodem pamiętnych wybuchów śmiechu – moich i mojej przyjaciółki. Teraz za późno, żeby poprowadzić udokumentowaną i ciekawą foto-story. Poza tym Ania prowadzi tak świetnego bloga, że niepotrzebnie robiłabym tłum 😀 ale dziękuję 🙂 Swoją drogą, czekam aż u kogoś pojawi się post autoironiczny, czyli na prezentację największych wpadek i tutorial, jak ich unikać. To byłby rewelacyjny wątek. Aniu, może Ty się podejmiesz :)? Chociaż nie wyobrażam sobie, żebyś miała jakieś szczególne wpadki

  7. To ja opowiem o moich wpadkach. Jak zwykle ze słomianym zapałem zabieram się za szycie. Po raz trzeci. Ale teraz to już tak na serio. W związku z tym przedsięwzięciem nabyłam maszynę do szycia i zamówiłam przeróżne materiały ze sklepów internetowych, zachęcona opisami producentów. Nie wiem co mnie nawiedziło, czy miałam jakieś chwilowe zaćmienie, ale wylądowałam z trzema różnymi materiałami w kolorze musztardowym, który wygląda okropnie smutno, żeby nie powiedzieć sraczkowato, za przeproszeniem. Następnie nabyłam skaj w kolorze turkusowym (!), polary w różnych odcieniach niebieskiego, i musztardowym kolorze, a jakże! No i jeszcze parę innych dziwnych materiałów, które wzięłam „na próbę” pół metra, a teraz patrzę, że te pół metra nie starczy ani na spodnie, ani na bluzkę, co najwyżej na mega mini spódnicę albo zestaw musztardowych ubranek dla mojej 3,5 miesięcznej córki. Polary chyba przerobię na spodnie do biegania po domu, a z resztą będę musiała pobudzić swoją kreatywność. No i ostatecznie nauczyłam się na własnych błędach, że lepiej kupować materiały na żywo. To tyle z moich początków 🙂

  8. Pingback: Magia zmian w domu i pracowni | pracownia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s